Cień.


https://download.unsplash.com/photo-1421930451953-73c5c9ae9abf

Dziś prezentuję wam kolejne opowiadanie mojego mentora. Tym razem jest to początek nowej ciekawej opowieści wypełnionej wieloma nawiązaniami do „naszego” życia.

Rano nie zapowiadało się zbyt pięknie. Takie szare niebo jakby się zastanawiało, co robić dalej. To wszystko działało na mnie przygnębiająco. Czekał mnie dojazd rowerem do pracy i nie wiedziałem jaką pogodę spotkam. Jak się ubrać? – to pytanie nurtowało mnie. W końcu wybrałem shirt z obrazkiem aborygeńskim. Jazda rowerem do pracy zawsze sprawiała mi przyjemność. Ten rytm jazdy, to zawirowanie wiatru we włosach i na łysinie. I charakterystyczny klekot błotnika mojego roweru na kamieniach pokrywających drogę (tak zwane kocie łby). Czasami słyszałem uwagi :

-Bagażnik Panu klekocze.

Wtedy odpowiadałem :

-Nic nie słyszę, bo bagażnik mi klekoce.

I tak na wesołościach upływał czas poświęcony na jazdę rowerem.

W czasie dzisiejszej jazdy zauważyłem, że cień roweru i mój zaczął się wydłużać. Kamienie powoli otwierały swoje szczęki. Jak by szukały czegoś nieuchwytnego, co mogłem posiadać. To przypominało obwąchiwanie. Kamienie rozstępowały się powodując zagłębianie się mojego roweru, a był on jedynym łącznikiem ze światem materialnym. Starałem się prowadzić mój pojazd, chociaż coraz bardziej zagłębialiśmy się w wąwozie rozstępujących się kamieni. Słowa wzywające Boga na pomoc zastygły mi w gardle, jakby uwięzione. Napór ścian był coraz większy i przytłaczał mnie. Czułem że jeszcze chwila i zostanę wypluty na drogę, jako następny kamień. I ten klekot kamieni…

https://download.unsplash.com/photo-1422157245273-e08b638b4b00

-Chcemy wrócić. Daj nam to, co nosisz w sobie powtarzały bez końca. I wtedy zrozumiałem: miałem oddać swoją jasna stronę i pozostać w cieniu. Jak mantrę zacząłem powtarzać: jestem po białej stronie mocy. W uszy wbijał mi się dźwięk : ty marny ludzki robaku nie wygrasz z nami, oddasz to, co potrzebujemy. Coraz bardziej zapadałem się w nicość i tylko kierownica od roweru łączyła mnie jeszcze ze światem materialnym. Zapadła cisza i ciemność. Nie widziałem żadnego białego światła, żadnego tunelu. Tylko zimno i wycie, straszne, płaczliwe wycie.

-Hej żyjesz Pan?! Usłyszałem i poczułem szarpanie.

-Po drugiej stronie też szarpią – pomyślałem.

-Panie! Obudź się Pan! Karetka już jedzie. Strażacy też, bo się kierownica owinęła się Panu wkoło klatki piersiowej. Będą rozcinali.

Znowu zapadłem w nicość…

Po wyjściu ze szpitala wraz z żoną przejechaliśmy się tą drogą jeszcze raz. I wtedy znów usłyszałem złowieszcze: Odbierzemy ci to coś. To jeszcze nie koniec…

Wampirowaty



Zdjęcie 1: Gabriel Garcia Marengo

Zdjęcie 2: Sergee Bee

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s